Zbigniew Herbert (1981)
Nie ośmielałbym się wypowiadać o kabarecie Jana Pietrzaka, gdyby nie fakt, że obecnie głos w różnych sprawach mają u nas nie tylko umęczeni "fachowcy", ale także zwykli ludzie, którzy przez długie dekady, błędy i wypaczenia, zakręty i przełomy obronili swoje święte prawo do zdrowego rozsądku i zdrowych reakcji psychicznych. Okazało się, że jest ich nad Wisła niespodziewanie dużo. Legion.
W ostatnim programie uczestniczyłem po raz pierwszy w życiu jako aktywista. Pan Pietrzak w niewyczerpanej swojej dobroci pozwolił na to, żebym nie opuszczając stolika śpiewał wraz z całym świetnym zespołem. Więc śpiewałem, myląc nuty, ale wiernie trzymając się treści "Żeby Polska była Polską". To zwalnia mnie od obowiązku krytycznej analizy. Nie wiem, czy jest ona w tym osobliwym przypadku możliwa. Jak każde dobre dzieło sztuki kabaret Jana Pietrzaka nie daje się rozłożyć na części składowe - tekst, nastrój, aktorstwo, muzykę, światło - czy co tam jeszcze. Tak dzieje się zawsze kiedy twórca potrafi połączyć talent z charakterem, kiedy głowa, rzemiosło i serce pracują harmonijnie.
Moja naiwność rodzi powagę. Więc zupełnie poważnie: nie udało mi się dotychczas spotkać kabaretu, w którym jak tutaj, stare słowa - a bez nich każda opowieść jest emferyczna i skazana na zatracenie - stare, poniżane tyle lat słowa - ojczyzna, godność ludzka, sprawiedliwość brzmią prosto, czysto, niedwuznacznie. Mężny i wzruszający, komiczny i prawdziwy - Jan Pietrzak.
Bardzo nam potrzebny.